Przeczytałem powieść wybitną. Powieść, która weszła do mojego top 5 powieści wszech czasów. Powieść z 2017 roku autorstwa pisarza, który nigdy już nic nie napisze. Powieść na prawie 1000 stron. Powieść przetłumaczoną tylko na francuski i… polski.
Na najprostszym poziomie sytuacja wygląda tak, że prezydent USA jest antynaukowym idiotą. Autyzm po pierwsze nie jest czymś, co wymaga „leczenia”, tylko innym trybem funkcjonowania mózgu, po drugie wielokrotnie udowodniano, że dominujące są czynniki genetyczne (chociaż czynniki środowiskowe również niekiedy wpływają na częstotliwość występowania spektrum).
To, że te banały trzeba powtarzać bezustannie, tylko maluje obraz stanu współczesnej wiedzy naukowej populacji ogólnej (i dyskursu publicznego). Na bardziej skomplikowanym poziomie – faszyzm nienawidzi niepełnosprawności. Bo chociaż autyzm nie jest chorobą, to jest niepełnosprawnością, czyli osoby będące w spektrum nie są w stanie funkcjonować w społeczeństwie TAK JAK OSOBY NEUROTYPOWE, co wynika nie z autyzmu jako takiego, ale z tego, że SPOŁECZEŃSTWO JEST STWORZONE POD OSOBY NEUROTYPOWE. Faszystowskie marzenia o ujednoliceniu populacji, gdyż taką łatwiej kontrolować, stoją jawnej opozycji do różnorodności, jakiej elementem są osoby neuroatypowe (tak samo jak osoby LGBTQ, osoby o innym kolorze skóry, innowiercy itd.). Każdy, kto nie jest białym, heteroseksualnym, neurotypowym, katolickim cismężczyzną bez niepełnosprawności jest wrogiem administracji faszystowskiej. A takie osoby stanowią jakiś 1% populacji świata. (Zupełnie tyle samo procent, co osoby posiadające 90% kapitału. Ciekawostka).
Na najgłębszym poziomie narcyzm/kapitalizm nienawidzi autyzmu.
To, że Trump jest osobą chorobliwie narcystyczną widzą nawet laicy, ale czemu taka osoba rządzi najpotężniejszym krajem świata? Tutaj odpowiedzią jest kapitalizm, który sam w sobie jest systemem narcystycznym (nastawionym na „osiąganie”, bogacenie się, prestiż, brak empatii i równości), który zawsze prowadzi do faszyzmu, szczególnie, gdy na czele kraju kapitalistycznego staje osoba będącego owego kapitalizmu i narcyzmu symbolem i apoteozą.
(O tym, że faszyzm to nie anomalia, ale efekt uboczny systemów kapitalistycznych pisali chociażby Theodor Adorno i Max Horkheimer, przedstawiciele tzw. Szkoły Frankfurckiej i autorzy „Dialektyki oświecenia” – ci sami, którzy w wielu prawicowych teoriach spiskowych – w ostatnich latach często powtarzanych przez Jordana Petersona – są uznawani za twórców „postmodernistycznego marksizmu kulturowego” – bytu, który nie istnieje i jest wewnętrznie sprzeczny w samej nazwie, niemniej ciekawym jest, że to właśnie osoby, które trafnie wskazały źródło faszyzmu są przez osoby do faszyzmu przymilające się dyskredytowane…).
No dobrze, ale jak się ma do tego autyzm? W mojej perspektywie (osoby autystycznej) autyzm jest poniekąd skrajnym wyrazem indywidualności, ale indywidualności szczerej, prawdziwej i głęboko osadzonej w strukturze osobowości (niezmiennej). Osoby narcystyczne (w tym miejscu upraszczam) posługują się tak zwanym „sztucznym self”, czyli osobowością wypreparowaną, oderwaną od faktycznych struktur osobowości, sztucznie napompowanym balonikiem, mającym przykryć wewnętrzną pustkę, lęk i to, że na pewnym etapie rozwoju coś poszło bardzo nie tak, przez co zdrowa osobowość nie mogła się wykształcić (Pomarańczowy Władca wciąż powtarzający, jaki jest mądry i wspaniały, jakby próbował przekonać przede wszystkim samego siebie). Jest to więc rodzaj zazdrości wobec przejawu autentyczności, który dla takich osób jak Trump jest niedostępny. Paralele wobec kapitalizmu są tutaj oczywiste – wszyscy żyjemy w coraz bardziej narcystycznej kulturze, którą media społecznościowe tylko nakręcają.
Aby ją znieść, zamiast łykać paracetamol (chociaż i tak nie wywoła u was autyzmu), warto sprzeciwiać się kapitalistycznemu narcyzmowi poprzez celebrację autentycznej (lub po prostu indywidualnej) autentyczności.
Moją główną, niezbyt odkrywczą myślą jest to, że najistotniejszy i najciekawszy jest aspekt wyborców niezdecydowanych. Można zakładać, że są to w większości wyborcy sympatyzujący z opozycją – wszelkie sondaże od dawna wskazują na „twardość” elektoratu PiS-u, co zresztą pokrywa się z generalnymi tendencjami elektoratu konserwatywnego na całym świecie (podobnie jest z np. ze zwolennikami Donalda Trumpa w Stanach). Zapewne wyborcy niezdecydowani zastanawiają się, na którą z partii opozycyjnych głosować, albo czy głosować w ogóle.
Przed ogłoszeniem wyniku wyborów prezydenckich w Stanach, CNN donosiło o tendencji wzrostowej wyszukiwania w internecie zapytań związanych ze śmieciowym jedzeniem, czy też „jedzeniem na pocieszenie”, oraz o wykupywaniu ze sklepów lodów marki Ben & Jerry. Jednak ten stres ostatecznie zakończył się autentyczną ucztą, jaką jest zwycięstwo Joe Bidena. Ucztą nadal składającą się z jedzenie na pocieszenie, bowiem trudno mi patrzeć na kandydata Demokratów w inny sposób.
Pamiętam, jak spowiadałem się z przeklinania. W paraliżującym strachu co miesiąc, lub dwa, podchodziłem do konfesjonału. Traktowałem naturalne elementy ludzkiej psychiki jako coś do wyeliminowania, czy usunięcia, a gładkie gadki księży mnie w takim podejściu wspierały. Pamiętam, jak spowiadałem się z masturbacji. Przez wiele lat ukrywając ten fakt przed spowiednikami w końcu się przełamałem, aby usłyszeć pochwałę za to, że w końcu się przyznałem, bo to „bardzo poważny grzech”. Pamiętam też, jak spowiadałem się ze „złych myśli”. W końcu w spowiedzi powszechnej przyznaje się do grzeszenia „myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem”. „Moja wina, moja wina, moja BARZO WIELKA wina”.
Chociaż krótko po bierzmowaniu przestałem identyfikować się jako katolik, efekty tego wszystkiego odczuwam do dzisiaj. Każdy dzień to ciągła walka ze swoimi myślami, próba ich kontroli celem osiągnięcia jakiegoś tajemniczego „progresu”, lepszego życia, szczęścia. (Myślę, że wiele osób, które odeszły z Kościoła, z czasem zamieniło zinternalizowane katolickie samobiczowanie na samobiczowanie samorozwojowe. Wiele podejść coachingowych używa dokładnie tych samych schematów mentalnych). Łatwo w tym dojść do paradoksu, w którym jest się w stanie piętnować samego siebie za posiadanie piętnujących samego siebie myśli. Takie zawirowania umysłu są w swojej istocie niezwykle uzależniające, co z kolei utrzymuje uzależnionych przy ich ulubionych dilerach nadziei – czy są nimi coachowie, czy Kościół Katolicki.
To tylko jeden aspekt katolickiego wirusa umysłowego. Drugim jest stłumienie seksualne. Oczywiście, nie wynika ono wyłącznie z indoktrynacji, ale w moim przypadku była ona wielkim elementem tego problemu. Nie każdy jako dziecko tak bardzo weźmie sobie do serca kościelny przekaz, ale ja wierzyłem w niego głęboko, jako ktoś od zawsze zainteresowany światem duchowym, którego Kościół w tamtych czasach był dla mnie jedyną, zdeformowaną reprezentacją. Myśli erotyczne były złe, masturbacja była zła, seks bez ślubu był zły. Osobistym efektem tych przekazów była wieloletnia samotność, obsesyjne myślenie na temat seksu, a raczej jego braku, lata terapii, pomimo intelektualnego zrozumienia dawno temu, że był to przekaz kłamliwy. Potrzebowałem wielu lat, aby wstyd przestał być dominującą dla mnie emocją, ale nadal regularnie doświadczam flashbacków w różnych sferach życia.
Mające miejsce protesty to erupcja emocji ludzi, którzy przez lata czuli się zniewoleni, lub młodzieży co chwilę stykającej się w szkole czy rodzinie z opresyjną mentalnością różną od ich wewnętrznej prawdy. Kwestia aborcji to tylko kropla, która przelała czarę goryczy, a rządząca partia stała się symbolem dekad mentalnego ucisku patologicznych idei Kościoła i patriarchatu. Idei, która niszczą kobiety tak samo, jak mężczyzn. Idei, które stały się tożsame z przekonaniami PiSu, co samo w sobie jest sytuacją żenującą, absurdalną i przerażającą. Osoby, które prawią o tym, że „nikt nie zmusza do wiary, nikt nie nakazuje być katolikiem” i tak dalej świadomie wybierają istnienie w abstrakcyjnej, idealistycznej krainie, w której deklaracje litery prawa są bardziej prawdziwe, niż rzeczywistość kulturowo-społeczna. Presja społeczna katolicyzmu i idei katolickich w Polsce jest dojmująca, dusząca i toksyczna.
Mający miejsce wkurw to coś więcej, niż wściekłość na wyrok Trybunału. To pierwsze stadium wyzwolenia się z marazmu, z zatkanych emocji, zrzucenie poprzez krzyk i marsz głęboko ukrytych w ciele fizycznych więzów przestarzałej moralności. To oczyszczający ogień symbolizującej życie kobiecej energii, jak hinduska bogini Kali niszczącej stary porządek, trzymającej w dłoniach głowy wrogów, a jednocześnie chroniącej naturę, niewinnych i dobro. Mający miejsce wkurw to nieuchronny element świętego procesu ostatecznej zmiany. Grzeczne stanie w miejscu, akceptowanie różnych stron, „idźcie sobie, źli panowie” zamiast „wypierdalaj” – wszystko to byłoby wpisywaniem się w upadający, stary porządek. Byłoby akceptacją przeintelektualizowanej, odciętej od życia pseudomoralności, stawiającej wyżej hipotetyczne istnienie dziecka nad faktyczną troskę o życie.
Strajk Kobiet (i nie mam tu na myśli wyłącznie organu pozarządowego stworzonego przez Martę Lempart) stał się największym ruchem pro-life w Polsce. Jest bowiem ruchem za życiem jako wolnością wyborów, jako wolnością ekspresji, jako wolnością seksualności. Osoby bojące się tej wolności jako potencjalnej siły niszczącej ich ideały muszą po prostu przyznać, że najwyraźniej ich ideały mają gliniane nogi, skoro wybory innych ludzi są w stanie je zniszczyć. Jednak to też jest w porządku – może z czasem zrozumieją, że trudno nazwać życiem odważnym i wolnym trzymanie się tożsamości zbudowanej na wstydzie i strachu. Chociaż trzymanie się tej tożsamości może być mniej przerażające, niż odrzucenie jej, to na pewno jest bardziej zniewalające.
Niech płonie święty ogień wkurwu. Z tej walki o „zabijanie”, jak to nazwałaby tę sytuację propaganda władzy, wszyscy wyjdziemy bardziej żywi.
Jest taka scena w genialnym serialu komediowym „Crazy Ex-Girlfriend”, w której główna bohatera w trakcie bar micwy próbuje wytłumaczyć postaci spoza tego kręgu specyfikę kultury żydowskiej. Ponieważ Rebecca postrzega świat jako musical, w jej głowie święto zamienia się w piosenkę rodem z teatru żydowskiego, pod tytułem „Pamiętaj, że cierpieliśmy”. Jest to idealne podsumowanie fenomenu tworzenia tożsamości na bazie traum.
Wiemy też coś o tym, jako Polacy. Historia Polski ostatnich trzystu lat to historia ciągłych traum. Pamięć o nich jest ważna z wielu przyczyn: potrzebujemy jej, aby uczyć się na błędach, aby być w stanie zrozumieć przyczyny aktualnych wydarzeń (na przykład wzrost tendencji nacjonalistycznych podsyca historia „nieistniejącego państwa” i lęk przed powtórnym brakiem tożsamości). Kiedy jednak pamięć zamienia się w tożsamość, a cierpienie przestaje być postrzegane jako zwyczajna składowa ludzkiej egzystencji, tylko staje się tej egzystencji głównym składnikiem?
Należy podkreślić, że istnieje różnica między bólem i cierpieniem. Cierpienie zawsze rozgrywa się w głowie. I nawet w przypadkach ekstremalnych, takich jak śmiertelne choroby czy pobyt w obozie koncentracyjnym, można znaleźć świadectwa osób, które doświadczały bólu i trudów, ale nie cierpienia. Jak udawało im się to zrobić – to temat na inny tekst.
Cierpienie natomiast to siła silnie uzależniająca, jak wszystkie wywołujące emocje historie, które opowiadamy samym sobie. Oczywiście, nie można wymagać nadludzkiego wysiłku „bycia w tu i teraz”, odrzucania wewnętrznego monologu cały czas, nawet w przypadku przeżywania skrajnie dramatycznych wydarzeń – taki wymóg zamienia mądre postulaty duchowości i stoicyzmu w nieludzkie okrucieństwo. Niemniej sama świadomość charakteru cierpienia i niebezpieczeństw, które za sobą pociąga, może uchronić przed tworzeniem obrazu świata, w którym to cierpienie jest główną siłą jednoczącą ludzi.
„Ech, życie…”, „tak to już jest”, „wiadomo, jak jest” – za każdym razem, gdy słyszę te stwierdzenia angażuję się w ten rytuał wysławiania cierpiętniczego charakteru rzeczywistości, jako Nadrzędnego Faktu Na Temat Istnienia, chociaż wewnętrznie czuję dysonans z osobistym doświadczeniem. To tak, jakby jedną z barw, którymi namalowany jest świat, uznać za dominującą, podczas gdy w rzeczywistości zamalowane nią jest tylko parę centymetrów płótna. Czasem sprzeciwiam się, pokazuję inną stronę świata i wtedy zazwyczaj spotykam się z negacją pozytywnego doświadczenia, albo z wykluczeniem, na zasadzie powiedzenia między wierszami „łatwo Tobie to powiedzieć, ja mam pracę/rodzinę/chorobę/kredyt” i tak dalej. To jakiś błąd logiczny – WIĘKSZOŚĆ osób ma te doświadczenia, tak więc czy to oznacza, że większość osób jest nieszczęśliwa i cierpi? A może po prostu uciekamy w narzekanie, aby nie skonfrontować się z emocjami, aby nie zrozumieć, że sami dokonaliśmy konkretnych życiowych wyborów i że to sami to cierpienie wybieramy? Dlaczego wielu osobom, które narzekają na swoją rzeczywistość, wiele innych osób tej rzeczywistości zazdrości?
Uznanie cierpienia za podstawowy budulec tożsamości jest rozwiązaniem niezwykle wygodnym. Nasz mózg ma tendencję skupiania się na negatywach, tak więc bez problemu zgodzi się na perspektywę zakładającą, że odwieczne trudności to faktyczna rzeczywistość, podczas gdy zazwyczaj nie jest to faktem. Z drugiej strony skupianie się na pozytywach zbyt często prowadzi do niezdrowego wyparcia wszelkich negatywnych emocji.
Rozwiązaniem może być szczere przyznawanie się do problemów, traktowanych jako zwyczajne elementy własnej rzeczywistości. Jednak tutaj pojawia się pewna trudność – aby to zrobić, należy przejść detoks od uzależniającego, łatwego kiwania główką w odpowiedzi na malkontenctwo, na rzecz niepokoju związanego z możliwością oceny, niezrozumienia, odrzucenia. Ale też prawdziwszej, głębszej bliskości, niż przynależność przez cierpienie.
Wasz Bóg
wychłostałby Was batem
naprędce skręconym
z drogich dewocjonaliów
Wasz Bóg
przyjąłby w swoje szeregi
wszystkich nazwanych przez Was nienaturalnymi
i uczyniłby z nich swoich najwierniejszych uczniów
Wasz Bóg
wezwałby Was w nocy
na pokaz palenia Jego świątyni
który sam zaaranżował
a Bogiem nazwałby ogień
Wasz Bóg
zburzyłby swoje pomniki
przedstawiające człowieka, którym nigdy nie był
a z gruzów wybudował domy
dla tych, których przestaliście ochraniać
Wasz Bóg
ukląkłby przed najbardziej zwyrodniałym zboczeńcem
i oddał mu cześć jako Bogu
nie mniejszemu od niego
Wasz Bóg
nazwałby Was głupcami
gdyż uciszyliście jego słowa
i odebraliście im wartość
w momencie, w którym przestał być wzorem
a stał się Waszym Bogiem
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.